Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcie mieszkania urządzonego w stylu japandi, pomyślałam: to jest to, czego szukam od lat. Surowe drewno, jasne tkaniny, żadnych zbędnych bibelotów. Ale potem weszłam do swojego własnego salonu o powierzchni 25 metrów kwadratowych i zrozumiałam, że teoria to jedno, a praktyka to zupełnie co innego. Styl japandi we wnętrzach wymaga bowiem nie tylko wyczucia estetyki, ale też konkretnych rozwiązań, które sprawdzą się na co dzień – zwłaszcza gdy każdy centymetr jest na wagę złota.
Zaczęłam od wymiany sofy. Miałam starą, obszerną kanapę, która zajmowała pół pokoju, a goście na noc lądowali na dmuchanym materacu. Postawiłam na kanapę z funkcją spania z mechanizmem DL – rozkłada się jednym ruchem, a w ciągu dnia wygląda jak zgrabna, prosta sofa. Tapicerka welurowa w odcieniu musztardowym to był strzał w dziesiątkę. Welur jest przyjemny w dotyku, łatwo go odkurzyć, a przy tym nie zbiera kurzu tak jak len. Plus – nadaje wnętrzu tego miękkiego, japońskiego ciepła, które równoważy skandynawską surowość.
Kolejnym wyzwaniem okazało się przechowywanie. W małym mieszkaniu brak miejsca na pościel to codzienność. Rozwiązanie przyszło samo – łóżko z pojemnikiem na pościel. Wybrałam model z 16 cm materacem piankowym na stelazu listwowym. Stelaz listwowy to genialny wynalazek: zapewnia cyrkulację powietrza, a materac piankowy nie odkształca się nawet po roku użytkowania. Pojemnik pod spodem pomieści cztery kołdry, sześć poduszek i letnią narzutę. Wreszcie nie muszę trzymać zapasowych rzeczy w walizkach pod stołem.
W salonie postawiłam na wersalkę. Brzmi staroświecko? Moja to nowoczesna konstrukcja na cienkich nogach, z siedziskiem z włókna kokosowego i poduszkami z recyklingowanej bawełny. Wersalka ma tę zaletę, że w ciągu dnia służy jako wygodne siedzisko dla czterech osób, a wieczorem zamienia się w dodatkowe łóżko. Nie ma tu żadnych skomplikowanych mechanizmów – wystarczy zdjąć poduszki i rozłożyć stelaż. Japandi uczy nas, że mniej znaczy więcej, ale w praktyce oznacza to także mniej rzeczy do naprawy.
Kolorystyka to podstawa. Zamiast bieli wzięłam beż z domieszką szarości – taki odcień kamienia lub surowego lnu. Ściany pomalowałam farbą z drobinkami talku, która daje matowe, aksamitne wykończenie. Podłoga to dębowe deski olejowane, a nie lakierowane – olej podkreśla strukturę drewna i nie tworzy sztucznej powłoki. Na oknach wiszą rolety rzymskie z bambusa, które wpuszczają rozproszone światło. Żadnych firanek, żadnych zasłon – to zbędna tkanina, która tylko zbiera kurz.
Dodatki wybrałam z rozwagą. Zamiast dziesięciu ramek na zdjęcia – jedna, duża, czarno-biała fotografia górskiego krajobrazu. Zamiast półki na książki – stos książek ułożonych bezpośrednio na podłodze, obok niskiego stolika z litego dębu. Na stoliku stoi gliniany czajnik, a w nim suszone gałązki wiśni. To wszystko. Japandi nie lubi chaosu, ale też nie lubi pustki. Chodzi o to, żeby każdy przedmiot miał swoje miejsce i swoją funkcję.
Oświetlenie to kolejna kwestia, którą musiałam przemyśleć. Zamiast jednej lampy sufitowej postawiłam na kilka punktów światła: kinkiet przy łóżku z abażurem z papieru ryżowego, lampka stojąca w kącie salonu z regulowanym ramieniem i kilka świec sojowych na parapecie. Wieczorem zapalam tylko kinkiet i świece – światło staje się ciepłe, nastrojowe, a wnętrze wydaje się większe. Japandi to styl, który uwielbia grę cieni i półmroku.
Nie ukrywam, że początki były trudne. Miałam ochotę dokupić jeszcze jeden dywanik, jeszcze jedną poduszkę, jeszcze jedną roślinkę. Ale japońska zasada „ma" – czyli piękno pustej przestrzeni – nauczyła mnie powściągliwości. Dziś w moim mieszkaniu jest tylko to, czego naprawdę używam. Styl japandi we wnętrzach to nie moda, to sposób na życie. I choć nie każdy znajdzie w nim miejsce na 16 cm materac piankowy czy tapicerka welurowa, to warto spróbować – choćby po to, by poczuć, jak wiele zyskuje się, rezygnując z nadmiaru.
No answers yet